literackie fanaberie

Wiatr jak to on – pokręcił się trochę po zaułkach przerzucając puste jednorazówki i paczki po chipsach, zagrał pisklętom do snu na harmonijce, zrzucił z parapetu papierosowy popiół, strącił doniczkę i znudzony postanowił ruszyć w dalszą drogę.
Zamachnął się skrzydłami…
I zamiast wznieść się pod niebo runął na ziemię z wysokości trzeciego piętra gruchocząc przy okazji chyba wszystkie kości. Upadł niefortunnie – tuż obok zapijaczonego jegomościa załatwiającego swoje potrzeby za kioskiem, który zamarł na ten niecodzienny widok ze sprzętem na wierzchu, rozdziawioną japą i szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma – w końcu ludzie raczej rzadko spadają z nieba, a ów koneser alkoholi niskobudżetowych nie mógł przecież wiedzieć, że Eol nie jest człowiekiem. Chyba właśnie szok sprawił, że gdy syn Hippotesa podniósł głowę próbując się zorientować w sytuacji Janek, bo tak miał na imię imprezowicz, uciekł bez zastanowienia, z opuszczonymi spodniami i już w następnej przecznicy został zatrzymany przez patrol straży miejskiej.
„Ah ta dzisiejsza młodzież – wychowana przez wilki, nie to, co kiedyś…” zamyślił się Wicher dając swemu półboskiemu ciału czas na regenerację uszkodzeń i dopiero, kiedy poczuł, że połamane żebra i pęknięte kości udowe (tak, to było twarde lądowanie) się zrosły wstał, przeciągnął się i zrozumiał przyczynę swojego upadku – wokół leżało mnóstwo szafirowych piór, a jego skrzydła były nagie…